Białe róże w piach

 

IMGP2808_DXO-2.jpg

Białe róże w piach

Stojąc przed wyborem, przed którym ty też stałeś,
przed którym staną wszyscy,                                              .
(Pielęgnować siebie, czy liquidyczną substancję
o właściwości wypełniania naczyń w każdym kształcie?)
.                                                               wybrałam być nadczułą.

Ćwiczę symetrię swoich oczu.
Chodzi o postrzeganie, ale też o prawdę,
o pryzmat i o bezwzględność.

I.
Piórko zapadło się w brzuchu dziewczynki, ale nie odmieniło jej życia. Udowodniło jedynie, że brzuch jej jest tkliwy i elastyczny, a kiedy otworzyła oczy, żeby przekonać się, kto nad nią stoi, nie zdziwiła się. Tylko poeta (czy może malarz) mógł jeszcze wierzyć, że zetknięcie z symbolem prawdziwie odmienia. Kiedy otworzyła oczy, wiedząc już o tkliwości swojego brzucha, rozpękła się cała wzdłuż śmiechem i tkanki jej, skawalone, frunęły, kurząc piachem, w stronę morza. Przypomniała sobie, że kiedyś piórko tak samo ma spaść na brzuch tego świata. Wolności! Wołała. Wolności! A morze podniosło falę niknącą na skraju nieba.

II.
Zaczesywał grzywę konia. Nie pamiętał początku tej czynności. Dzień się zaczął, dzień się skończył i w stajni wszystko już było dopieszczone, ale trafiła mu się bezsenna noc. Jedna z tych nocy, które każą pytać o teleologię własnego istnienia.

III.
Z fali zaś, wydobywał się donośny głos:
Wszystko, co jest w tobie, rozproszy się,
osiądzie w miejscach sobie centralnych,
ginąc pośród ziaren piasku, niknąc.
                                                              I nikt
nie będzie pamiętał, że nos marzł mi jak
u psa?!

IV.
Odmierzył dokładnie – 1332 białe jak śnieg, 117 w kolorze kości słoniowej, 200 morelkowych, półtransparentnych, 214 brązowych i 131 czarnych, wetknął grube łodygi między ziarna (pamiętał, jak babcia mówiła: czystość białych róż powie ci o człowieku wszystko) i czekał, a głodny koń rżał mu koło ucha.

To jeszcze chwilę potrwa zanim
nauczę się widzieć i Ciebie i mnie,
i ziemię i niebo.

Jednak debil

IMGP0810-1.JPG

Jednak debil

I

Myślałam, że ten śmiech jest coś wart.
Moje żółte zęby, pokazywane w imię
przyjaźni mogą być nawet szczerbate!
Ale koło ucha zaświergolił mi nad ranem
słowik, dziurawiąc powietrze:

                        Wiesz, jak to jest. Człowiek z wiekiem
                        przestaje wierzyć w ludzi, rozumie, że
                        nie dla każdego warto.

II

Zauważyłam, że ten chudzielec patrzy na swojego psa jakoś krzywo. Głaszcze go, głaszcze, jasne. A zaraz potem spogląda mu w bordowe źrenice, macha przed oczami dłonią ze złączonymi palcami tak, jakby mówił mu, że jest doskonały, że innego by nigdy nie chciał, a tu nagle „huh!” – dłoń rozwarta, a oko zwierzaka łzawi podrażnione ziarnkiem piasku. „No, jednak debil, jednak głupiutki, ale mój! mój! mój!” Po każdym takim zabiegu oddycha głębiej, a pies (nadal) coraz zwiotczalej się za nim ciągnie. Cóż, widać kocha swojego pana.

III

                        Rozumie, że dobroć, to rzecz w jego
                        sercu ograniczona, wymagająca
                        wzajemności.

IV

Miłość to w ogóle dziwne zjawisko. Większość ludzi się do niej nie przyznaje. No dobrze, kochamy, kochamy mamę, tatę, wujka, czy te rozwrzeszczane bachory, ale to jakby… właściwie nie miłość – takie narzucone, takie… albo śmiech. Dużo, dużo śmiechu i wybuchające „KO-h!-CHAM!” – zero w tym miłości. A potem nagle widzimy umieranie i rozumiemy, czy kochaliśmy, jak kochaliśmy i tak głęboko nas to przewierca, że znów się do tego nie przyznajemy. Kiedy tak patrzyłam na chudzielca, moją uwagę przykuły psie łzy, niepokojąco gęste, niepokojąco ludzkie.

V

                        Zauważa, że niektórzy ludzie zamiast
                        przyjaciół, hodują sobie psy, że inaczej
                        nie umieją być silni.

Myślałam, że tu słowik skończy śpiewać,
a on długo jeszcze wypruwał niteczki z
powietrza, ale każdy dźwięk wybrzmiewał w
swoim czasie. Moje żółte zęby, pokazywane
w imię miłości mogą być nawet szczerbate.

Cytrusowy zapach tulipanów

Cytrusowe.jpg

Cytrusowy zapach tulipanów

Jest rok 1994.
Jerzy Stuhr zyskuje tytuł profesora.
Kobiecie z przychodni zaczyna właśnie doskwierać reumatyzm.
Rodzi się dziecko.

Jego stare kolana zaczynają młodnieć dopiero dwadzieścia lat później (DWADZIEŚCIA lat) razem z cytrusowym tulipanem. Ale spokojnie, cytrusowy tulipan, to tylko cytrusowy tulipan.
Z jego zapachem zaczyna się życie.
Z jego zapachem kończy się świat.

Słodycze

1545997_405239972941587_600140213_n.jpg

Słodycze

Nie powiem.
Nie o to chodzi, żeby za dużo mówić. Żeby wszystko powiedzieć. Człowiek
bez tajemnicy przestaje być człowiekiem. Już dość we mnie wrodzonej transparentności.

Człowieka łatwo nabrać na jego własną
wielkość. Kobietę? Mężczyznę? – to bez
znaczenia. Serce, które kocha, jest zarazem
sercem, które tyje i które tyć lubi.

Najbardziej tuczącym słodyczem jest ego.

Proces popielizacji słońca

IMGP2521.jpg

Proces popielizacji słońca

Może z niebieskich nizin ktoś
udaremni moje winy?

I

Przecież wiesz, jaka ona jest skryta. A teraz dziwisz się, że jak się nie odzywa, to się nie odzywa. Że jak się nie odezwiesz, to błękitna szkatułka stuknie cicho w podłogę i ona już na pewno nie podniesie jej swoimi dłońmi. Przecież od początku wiedziałeś, co zanurzyło cię w jej źrenicach. Patrzyła na to nasze słońce, z wyciągniętych przed sobą dłoni, uformowanych w łódeczkę, popijając polską krew. Wiedziała, że pojęcie musi dojrzeć, ale słońce na waszych oczach zaczęło się kruszyć, szarpać, rozdzierać, blaknąć i śmierdzieć (czy też pachnieć) jak wtedy, kiedy zapomniała, że zostawiła krupnik na gazie.

                Widzicie to? Wkrótce to słońce będzie leżało u
                moich stóp, całe w strzępkach. Co to za słońce,
                które można podrzeć samym patrzeniem? Co to
                za słońce, które w ogóle można podrzeć? Pytam
                się, co to za słońce?!

Krzyczała, a ludzie zataczali tylko coraz szersze kręgi mijając ją. Nie chciało im się wozić jej do wariatkowa tak, jak nie chciało im się słuchać, co wykrzykuje.

Ty jeden podszedłeś i podniosłeś pierwszy,
nieostygnięty jeszcze skrawek, leżący u jej
stóp. I wiedziałeś, że musisz ją nim nakarmić,
że to dlatego słońce skruszało na jej oczach.
I widziałeś łzy, którymi i tak nie chciała ci
nic zdradzić. I uszanowałeś to. I dziwisz się
teraz.

II

Dobrze, jeszcze raz. Mówi pani, że pani płonęła?
Oczywiście, że płonęłam. Zjadłam słońce.
Które upadło pani do stóp, bo pani na nie patrzyła.
Nie upadło mi do stóp, tylko opadło przy moich stopach. To różnica.
Krzyczała pani
Byłam wtedy w silnych emocjach.

I ten człowiek
numer 4
karmił panią słońcem, które upadło
opadło
opadło u… cholera – przy! przy pani stopach.
Dokładnie.
Czemu opadło?
Bo musiałam być nim nakarmiona.
Ponieważ…?
Pan chciałby tak wszystko od razu rozumieć.
Taka moja
Tak bez żadnego czucia, doświadczenia. Jak pan chce wiedzieć czemu opadło, czemu musiałam być nakarmiona, czemu płonęłam – niech pan wyjdzie z domu, niech stanie tam i sam pan zobaczy. Panu się takie płonięcie przyda nawet bardziej niż mnie.

III

Więc to nie była polska krew. Nie, była po prostu twoja. Możesz się brzydzić, ale i tak od tego nie uciekniesz. Z resztą, od początku to wiedziałaś. Słońce też nigdy nie było „nasze”, a to, że spopielało, nie było twoją zasługą. Spopielało, żeby cię nakarmić i żebyś wiedziała co to znaczy płonąć ze stopami lepiącymi się do lodu.
I to całe dotapiające się pod tobą niebo, jest niebem nie tylko dla ciebie.
I wiesz też, wiem, że wiesz, że to twoje milczenie sprawiło, że się oddalił.
I wiesz też, wiem, że wiesz, co mogłoby go skłonić do powrotu.

IV

Spopielało, ale zauważ,
że nie nastała noc.

My jesteśmy od niszczenia

IMGP2299.jpg

My jesteśmy od niszczenia

I

Zaprowadź mnie. Miarowym oddechem
zmierzę się z wodospadem, przy którym
stanę o bosym sercu, skupiając w oczach
całą bylejakość wyrazu. Bo już nie wolno
mi znać bezradności smutku.

Muszę nauczyć się odcinać dopływ powietrza szaleństwu, rozumowi.
Chodzi za mną pusta kostnica, w której zegar tyka tylko po to, żeby zagłuszyć moje bicie serca.
Czasem myślę, że w niej się urodziłam.
Czasem myślę, że w niej się nie umiera.

                    Powiem ci coś na ucho:
                              Widzisz, jak szybko mogę zamrozić pędzący w dół wodospad?
                              Widzisz, jak szybko mogę zatrzymać pędzące w dół serce.

II

Dopisałam sobie głębię do tego spojrzenia.
Obrosłam naiwnością, wiernością ledwie odratowanego psa, miłością dwulatka, który ze łzami w oczach przygląda się rodzinnym zdjęciom sprzed niego, nieświadomy, że pewnego dnia obudzi się poetą, albo psychopatą.

I siedzę taka znijaczona, bo znów
złożyłam spojrzenie w kimś, komu
ono nie jest do niczego potrzebne.

Zaczęłam bać się swojego języka. Patrzycie się na mnie (bezwstydnie was o to proszę) nagą, truchtającą nerwowo po wodzie z dłonią ściskającą powietrze. Nie chodzi tu przecież o te głowy – nie boję się ich tańca ani tego, jak żłobią pod sobą niebo okapując lód czerwienią. To tylko delikatne stróżki, spływające po ich czołach, policzkach i skroniach, pełne jeszcze tej jasnej, niewinnej czerwieni. Nic strasznego.

III

Zaczynam brzmieć tobą. Nie jestem już pewna,
czy tak łatwo przesiąkam, czy jestem tak podobna.

Myślałam, żeby splunąć ci w twarz frazesem, wysyczeć,
że nie masz pojęcia o czym mówisz, ale to by było łgarstwo.
Wiesz dobrze, ile waży każde wypowiedziane słowo. Nie zdajesz
sobie jedynie sprawy z tego, jak bezpardonowo zdradzają one wysokość
twoich męskich piersi. Ale to nic. To nic. Twoje zbyt często się unoszą, moje
zbyt często opadają.                                                                                                         .

Spojrzysz na mnie czasem
badawczym wzrokiem.
Ja spojrzę na ciebie
naiwnie woskowa.

I ja znów usłyszę chór:
          My jesteśmy od niszczenia.
I ty znów usłyszysz chór:
          My jesteśmy do niszczenia.

Chór i ten jego frustrujący dar przekonywania, bo nie sposób w nim rozpoznać tylko-daru, dopóki nie przestanie śpiewać.

Agnieszka

IMGP2466-002.JPG

Agnieszka 

I

Może rzeczywiście jestem przykładem rąk i nóg, i oczu nieumiejących kochać? Nie, nie. Nie chcę się żalić, kąpać w kobiecej krwi. Jestem po prostu smutna (to minie) i nie piszę ci tego, żebyś zmarszczył troskliwie brwi nad moją delikatnością – nie znasz jej i nie rozumiesz. Myślisz, że jestem nią cała, że mój policzek będzie krwawił jeśli go choć muśniesz – przeceniasz się, mój drogi, nie doceniasz mnie.

Zmitologizowana delikatność kobiet.
Zmitologizowana niezależność kobiet.
Zmitologizowany twór o długiej szyi.
Nie ma go we mnie.

Nie jestem Eurydyką, Rachelą, Ofelią. Zbyt często miewam podkrążone oczy, krosty i zaczerwienienia, niszczą mi się włosy, wysychają usta, krzaczą brwi, jestem niezdarna i posiniaczona. Rzucam kolejne teksty ze skrawkami ust, oczu, wątroby, nerek, serca, paznokci na wasze czytanie, a wam się wydaje, że te okruchy w nich to płatki róży, śniegu, tulipanów i nie wiem, czy cokolwiek wam one dają, a zaczynam się bać, że moje organy nie mają właściwości jaszczurczych. Zaczynam czuć się pusta. Lekka? Zaczynam czuć, że pustoszeję zbanalizowana.

Powtórzę: –
             Naucz się na swoje serce łaskawiej patrzeć.

II

Nigdzie dziś nie opadłam.
Nigdzie się nie uniosłam.
Stoję na kruchej, jak zawsze,
ziemi, pytając się ciebie, poezjo:
Po co ty mi? Po co ja tobie?

I staram się patrzeć na horyzont, gdzie wszystko wolniej ode mnie ucieka. Jak wszyscy, boję się upływu czasu i czemu właściwie marnuję go na te podróże? Nic już nie mów. Widocznie tak musi być. Europa – biegun. Biegun – europa. Brudne szkło, kolejny banał i dzwoneczek zachwytu dziecka przy uchu: „To mróz! To mróz, mamo! Tato! Zobaczcie, jaki piękny!”

Już nic nie mów.
Nic już nie będę mówić.
Stoję na kruchej, jak zawsze,
poezji, pytając się ciebie, ziemio:
Po co ty mi? Po co ja tobie?

III

             Serce się samo nie nauczy.