Nie musisz zamykać oczu

Nie musisz zamykać oczu

There is the ugly worm in front of you. So what?
You don’t have to close your eyes. It’s in the bottle
anyway. Il y a le ver laid devant toi. Et alors?
Vous n’avez pas à fermer les yeux. Ça ne te fera
pas de mal.

Leży przed tobą – piękna, smukła, z wygniecioną talią.
Leży jak dzień i dniem się dławi. Ale twoje spojrzenia.
Twoje spojrzenia łakną dnia.
Oponujesz.
Twoje oddechy łakną talii.                                                                   a talia jest oszustwem
Leży jak dżem na tygodniowym chlebie. Blame the jam.                always
Leży przed tobą – młoda, czuła. Z wygniecioną talią.                     co w środku
                                                                                                                ?

Reklamy

?

Osobiste przesilenie Wiersz, który śmierdzi

Wyśmieją cię. Za sam tytuł.
Konfesyjnie? Znów? Osobiście?
Seriously?!

Milcz.

Człowiek ma swoje okienko. W tym okienku widać
język. Co robi? Wykonuje monotonny taniec – porusza

się w górę i w dół. Wgórę i wdół. Człowiek, zawstydzony
nudą, jaka się w nim odbywa, zakrywa okienko.

Tymczasem za językiem powietrze zawiera więcej tlenu, a
gleba – jakby marsowa – faluje i zachodzi ciekawe zjawisko.

Słychać śmiech nimf.

Moje nogi nie czekają na dotyk.
Ani moje piersi.
Wiją się tylko, niezrozumiale dla siebie samych.
Nie, nie! Nie czekają!
Moje drogie, wy mnie rozumiecie.
(tak! tak! tak!)

Znów śmiech i szum rzeki.

Rzeka też nie czeka, bo rzeka ucieka.
(hi! hi! hi!)

Ale wokół nimf nie rośnie żaden kwiat. Co więcej, nie ma
żadnej rzeki. Tylko falująca marsowa ziemia rozciąga się

tam, jak pustynia, a na niej język w monotonnym tańcu i
one – teraz nagle przy ognisku, w nastroju do zwierzeń.

Odsuwałam od siebie myśl o tym, jak
przytłacza mnie to miejsce.
(reszta przytakuje)
Ale, och! Ile? Ile czasu to już trwa?
(reszta nieudolnie wymachuje rękami, starając się pokazać, że nie wiedzą, że długo)
Ile można tak grać? No ile?! Jest tutaj, jak jest.
Przynajmniej mamy czym oddychać.

Prawdziwym nieszczęściem bywa słyszeć
głosy nimf. Bywa największym
spełnieniem.

Na dnie

Na dnie

Na godnych zazdrości rzęsach ułożył się dzień,
a one, pogładzone językiem nocy, nie zadrżały.

           Ktoś zabrał serce nocy!
           Będziesz tam, będziesz tam…
           Ktoś okradł nocy pierś!

To furie nucą, jakby nigdy nie były furiami.
To furie, które na ciebie czekały, by lekkość
ucałować.

https://www.youtube.com/watch?v=7eNA90LlxmY

Co drga żurawiami?

Co drga żurawiami?

Weź mnie za rękę. Patrzymy z góry na wyspę
usłaną żurawiami. Powiem ci, co widzisz.
Widzisz ich dzioby skierowane w niebo, a prześwit
wyspy tylko tam, gdzie stoi staw – nikt nie wie,
jak głęboki. Dzioby te obnażają zdenerwowanie.

Poza tym czas mija, a w twoich oczach więcej bólu, niż
chciałyby przyznać. Więcej też miłości.

Więc dzioby obnażają zdenerwowanie z powodu
pewnej świadomości, która „musi pozostać w ukryciu”.
             Och, Żurawie, wybaczcie sobie!
Można wierzyć w milczeniu, że żadne z piór nie musnęło
stawu, choć trwają tak – każde – od swoich narodzin.
            Och, Żurawie, wybaczcie światu!
Można podać tę tezę w wątpliwość – tak, lubimy zaczynać
od wątpienia. Można zanurkować.
           Och…
                       Żurawie!

Co, jeśli błędem nie jest brak stawu na wyspie, a pewność,
że lśnienie wynarzującego się z niego żurawia jest złudzeniem?

Chlup!

Chlup!

Człowieku złoty, dlaczego namiętność trawisz, by ślady
własnej głupoty zacierać?
Łez ci szkoda?
Połknęło cię niebo, a ty nawet oczu nie zamkniesz.
W ich miejsce zostaną ci ususzone kwiaty. Więc
pamięć tylko                       .
.                        czy starczy?

1. Zacznijmy od żartu. Bo żartem jest puls śpiewający coś, co jego dłonie nazwały koślawą kołysanką, choć w rzeczywistości nazywa się to po prostu piosenką. Więc chór dziecięcy śpiewa:

Uśnij, dziecię, uśnij,
już twój czas się ziścił.
Już twoja zima nastała,
niedźwiadku, zima-a-a-a                                  .
.                         a-a-a, kwiaty dwa,
jeden gruby, drugi biały, się z grubego dzieci
śmiały, od białego uciekały, się z białego
oniemiały, od grubego pokochały.

Żart nie musi być dobry.
Przejdźmy do narracji.

2. Skuliłaś się i z twojej gąbczastej skóry wyciekła maź, wypełniając pęknięcia w skorupie pod tobą, następnie pęczniejąc. O okruchach drżącej ziemi śpiewałaś już nie raz, więc tym razem zamilkłaś, szanując indywidualność zjawisk, ale i znudzenie słuchaczy.

Tymczasem diabły poczuły na czołach coś, jak pierwszy śnieg – och, nie pierwszy, nie pierwszy! W porywie rozrechotały się, czekając z otwartymi paszczami na zbliżanie się tak miłej ich nozdrzom woni spoconych stóp.

I owszem, stanęłaś na ich językach, lecz twoje palce nie były im miłe → tańczyłaś na ich językach.

3. Stop. Zatrzymajmy się na chwilę. Bo to łatwo tak pisać.
O diabłach, o kwiatach, o czytelnikach… tymczasem,
wiesz, rzecz w tym, że siedzimy w tej plątaninie obydwoje.
W teorii – ja plączę, ty próbujesz rozplątać; w praktyce…
sama nie wiem. Tak czy inaczej, i ty i ja pozwalamy dziwnym,
drażniącym, jakby niedopełnionym niciom oplatać i rozcinać
nasze palce.
Żartujemy sobie razem z naszym zaprzyjaźnionym złudzeniem, że
coś nam z tego wyniknie, że uszlachetnia, że… ech. Wszystkie te
takie śliczne „że”. Aż tu przychodzi taki jeden i duma:
A nuż… kto wie? Może poezja to tylko ostrza, przeplatane mamiącymi
nas westchnieniami zachwytu? I może mają rację wszyscy ci wielcy
uciekinierzy? Być czystą żądzą spożywania, jak ta kobieta przy
stoliku – może tu dzisiaj pies pogrzebany? Och! Pisać, pisać,
pisać! Zresztą… a, dajcież spokój!

4. Na powiece spoczywa pewien chłopiec. Tak, chłopiec.
Nie, nie spoczywa, wierci się. Łaskocze powiekę. Czeka
aż ta się otworzy. Chłopiec nie jest pływakiem. Ale chce
zanurkować.

Poranek

Poranek

I walk through walls
I float down the Liffey

How to disappear completely, Radiohead

I

Jest taka fotografia z dzieciństwa, której nie lubię. Chowam ją w rzadko otwieranej szufladzie, bo nie wiem, jak mogłam sobie pozwolić na taką transparentność smutku w wieku… 10 lat?

Tymczasem miało mnie nie być. Nie być. Zupełnie.

Można nie być śmiejąc się wśród ludzi. Można nie być rżnąc durnia i dostarczając pożywki na ich drwiny. Ale nagością smutku wśród nich, nagością milczenia, jest się krzykliwie obecnym.

II

Cienie gryzące twoje oczy przeniosłaś nad powieki.
.        Oh! Co za gracja dziś w tych powiekach!
.               Oh! Cóż za urokliwy mrok!
Żeby nie przerażały.

I nie ty jedna. Wszystkich nas dręczy nocami zapach
powideł i
.                  ciiicho… co za ciiisza dziś w tych
kołyskach
złotych, śpiących na łysych
gałęziach,

                 zaprawdę,
gdyby życie żadnego sensu nie miało

Nad powieki przeniosłaś powidła.
      Oh! Jaka słodycz! 
.               Oh!
.                       Żeby nie pożerały esencji z
tych zimnych dziecięcych sadów.

III

Późno, ale za dnia, nasturcja zaczęła nabierać
kolorów, przyglądając się śmieszności swoich
snów i niebu mrugnęła by zaraz
trawom wyszeptać poranek:

istnieć
                                                    tak lepiej, kochane.

Zanim się dowiem

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Zanim się dowiem

I

Promień przebija się ustawicznie przez żywe
mięso. Jak tykanie zegara: na przemian usypia
i doprowadza do obłędu.

Przez większość czasu potrzebujesz go nie
słyszeć, ale pozwalasz się dziurawić, dopóki
nie nauczysz się języka

promieni, słusznie
bojąc się ich odejścia.

To jak puszczenie miłości – takiego coup
de foudre, przez strach, że się tą miłością
udławisz.

Promień przebija się i nie wiesz, co śpiewa on,
ani co znaczą jęki twojego serca, ale ubierasz tę
niewiedzę w słowa, bo

słuchasz szeptu swoich włosów, a potem wstyd
się tłumaczyć.
                             Nie wiem?
                                                  Jak, nie wiem?
A są tacy, co wiedzą. Bo stroik okazuje się śliczny,
a co pod stroikiem ślicznym, kto wiedzieć nie lubi?


II

Przypominam sobie sen o byciu powietrzem – tym
między ziarnami piasku na plaży – które
powolne ruchy twojej dłoni zamienia
w huk gromu.