Pisk skrzydeł motyla

pisk skrzydeł

Pisk skrzydeł motyla

To byłeś Ty. Ujrzałam Cię, jak
w lśnieniu, po którym cegła zaczęła kruszeć.

I.

Chodzi o echo, rozlegające się w tobie
i o twoje przekonanie, ze nikt nie chce go słuchać.

Nie chce.

Chodzi o pisk skrzydeł motyla, skalpowanych przez dziecięcy naskórek
i o nieświadomość, dającą temu dziecku nieopisaną radość.

Świadomość dudni w tym echu i wycieka przez nos.
Echo oskarża cię o brak nieświadomości.
   Nie połykaj.
      Połam łzy! Połam!
         Czytaj z nich!
            Skalpuj motyle!

Skalp motyla nie jest tym samym, co skalp ludzki.
Oskalpowane motyle od reszty odróżnia jedynie to, że

już nie polecą.

II.

Zaklinasz:

Nie płacz.
Nie płacz.
Nie udawaj.
Nie płacz.
         płacz…
               acz…

Ale zaklęcia nic nie zmienią.
Skalp trzeba zdjąć.

Trzeba, bo tylko w ten sposób utrwalić można dane łzy.
Trzeba, bo tak każe chory umysł.

Trzeba.
.   Bo tak.
.      Bo trzeba.
.         Trzeba.
.            Trzeba.

III.

Tylko tego wieczoru
zaczęło krążyć pytanie:

.          Uszanować motyla –
.          czy można?

Reklamy

Sonet biały

Sonet biały
jak ja tej nocy

Chciałabym, żebyś dotknął kiedyś tych słów,
jak jedwabiu, skaleczonym palcem.

Stanęliśmy u brzegu lądów, nad doliną,
Którą uznałam za przepaść. Spadniemy tam!
Krzyczały moje szczękające zęby. Spadniemy!
W tej doliny mgłach nęcących naszą kruchość, w

Jej nagłym okazaniu się i drganiu, obrazującym
Jakby jednoczesne drgania wszystkich serc
I słów szeptanych przez splecione palce,
Jest świat, którego nie poznaliśmy, ale

Poczuliśmy smak. Zanurzyłeś palec w
Moją krtań, a ja z płaczem uciekłam, naszą
Nagością przerażona. On zły! Kali jeść! On zły!

Odjęłam dłonie od powiek, bo nagle przestałam się bać.
Ciebie już nie było, ale mój oddech miarowy, chociaż
mącony szlochem, czuł,
.                                            że może czekać.

Na szkło naszych ciał

DSC_1244~2

Na szkło naszych ciał

Na bezsenność błogą, jak zamknięty w czaszce róży kwiat.
Na oddechy świetlne i dłonie zatknięte w szklanych gardłach.

Ludzka twarz zaczyna się od piasku, a dalej, z każdym wyładowaniem człowiek w coraz większej mierze składa się ze szkła. I ktoś by pomyślał, że już nie kruchy? Szkło jest tak cienkie, że pęka, gdy muska je letni wiatr.

Na morskie oczy chłopca, zacienione rzęsą jak potok w miasteczku.
Na zegarek topniejacy blado w jego ciepłych dłoniach.

Czułość gniecie się w sercu człowieka i zbija w zwartą kulę, przypominającą kamień – prosty, szary kamień. I wyobraźmy sobie teraz, że taki człowiek nie tylko porusza się, ale tańczy – tylko tańcem dziwnym i nienaturalnym, jakby wstąpiły w niego demony – i ten kamyk obija się o jego żebra, nerki, piersi, a po wydostaniu się z tego, co pojmuje jako więzienie, toczy się pod najbliższy krzak.

Na śmiech miłości w gwałtownym locie ćmy (locie ciemnym?) mijającej uderzenia naszych dłoni.
Na krosty rozpychające skórę, w tęsknocie by poczuć dotyk kochanka.

Dłoń człowieka podążała za włosem, kiedy natrafił on na rozsypane szkło, kalecząc palce i kolana. Zastanowiło go migotanie szkła, jakby istniało w nim autonomicznie światło księżyca – więc autonomię światła, które z natury jest pożyczone, napotkał w pochmurny dzień. Oglądając jeden z odłamków usiadł przy drodze i oparł się, zanurzając dłoń w liściach. Z twardej kuli, na którą natrafił, pociekła lepka, kleista maź.

Na cierpliwość palców szukających piękna w skrawkach poplamionych krwią.
Na szum deszczu lekkiego, jak pocałunki kładzione na schnącą krtań.

Soczystość

IMG_20170901_135113_429

Soczystość

Chcę posmakować poranka
zanim nastanie jego bladość.
Tańczyć na łagodności rozpadu nocy.

I

Już tylko jedna została
poziomka na drzewie wiśniowym bez
kwitnień?

Ostatnia, która zagląda w jaskinię
z kryształu, czekając aż wskoczy w jej
oczy, z paproci…

     promień tak jasny, że
     w pół się rozpękłam,
     wypełnił pęknięcie
     i świeci mi teraz pomiędzy
     oczami. Zezuję na niego,
     kiedy mi język schnie.

II

Skoro Bóg opuścił świat,
Na świecie nie ma piękna.
Turkoczą skrzydła mewy Jego oddechem
trącone, kontury gęsi suną po niebie wyostrzone
przez Jego śmiech. Czy szydzi? Bo my tu, takie
mróweczki, po omacku rozgarniamy krztuszącą
nas mgłę. Czy płacze?

III

Jeżeli straciłaś wiarę,
poziomko, w soczystość,
jak możesz stać się soczystą?
Schnie ten, kto wierzy jedynie w suszę.
Niejeden raz umrze namiętny wyznawca śmierci.
Jeżeli straciłaś wiarę,
poziomko, w samotność,
jak mogłabyś kochać samotność?
Milknie ten, kto wiarę w słowo utracił.
Pochłania otchłań namiętnych wy…
Słyszysz szczekanie?

     Come. Come closer, sweetheart.
     You can live without your blooding
     lips, you know?
     You can live without sinking apples
     of your eyes.
     Come. Come closer, let me cut off
     your tongue.

IV

Tęsknię do siebie i tęsknię do słów.
Odwiedzałam ontologów. Mówią,
że śmierć jest dla mnie za stara. Na
skroni jednak poczułam jedwab jej
ciepłych warg. Ciepłych jak poranek.
Wraz z liśćmi jabłonki śmierć
tańczyła wkoło mnie, więc i ja tańczyłam.
Śmiała się, więc i ja się śmiałam. Kopała
dół, więc i ja kopałam dół. Kładła się, więc
i ja się kładłam. A potem poczułam jak dłonie
śmierci zaciskają się na mojej talii i unoszą
mnie między obłoki.

     Głupia ty! Przecież ty byś się zabiła!
     Co wolno wojewodzie, to… Oh! Głupia!

Tak Śmierć mnie niańczyła.

Jej zimny kark patrzy na gwiazdy

 

Jej zimny kark patrzy na gwiazdy

I.
Był dzień księżycowy, kiedy idąc żwirową drogą wchłonęła pierwszy oddech. Stanęło przed nią dziecko – nieme i ślepe – i cieniutkimi rączkami o skórze twardej i szorstkiej jak kora (tylko opuszki dłoni zachowały delikatność) objęło jej kolana. Nie miało płci ani imienia, ale serce waliło mu jak młotem, gdy zaczęła śpiewać.

Poznałam imię wiatru, imię
dostojnika błądzącego po
górach. Kiedy wyglądał przez
oczy skał, moje płuca przecinał
blady promień.

Dziecko drżało całe, aż jego stopy rozedrgały
ziemię. Wtedy je pokochała. Wszystko spowił
kurz. Dławili się obydwoje białym, gipsowym
dymem i w przerażeniu opletli się ramionami.
Ziemia już nie drżała, miotała się konwulsyjnie,
a każdej konwulsji towarzyszył ryk skał.

Zrozumiała, że wszystkiemu zawiniła jej pieśń. Postanowiła już nigdy nie otwierać ust, bo język wyrwałby sie próbując opleść powietrze, chmury, potem gwiazdy. W końcu musnąłby słońce, ją całą stawiając w płomieniach. Zrozumiała, że ze swojej winy trzymała teraz w ramionach blade, zimne ciałko. Zrozumiała wszystko w jednej chwili.

Ja? Zabiłam je?
Ja? Odsłoniłam otynkowane rany ziemi?
Ja?

Jej rozumowanie było wadliwe, ale rozdzierało szramę w niej, tak, że idąc, wypluwała z płuc kałuże nieba. W ten sposób obłok zbliżył się do ziemi, w ludzkim rozumieniu – nieprzyzwoicie, ale nawet bogom nie przyszło na myśl ingerować. Była dość silna by przeżyć to zbliżenie odbywające się i w niej i poza nią, póki nie miała pełnej świadomości zdarzeń – zbliżenie, którego łuna i migotanie mogło zarazem leczyć lub trawić.

II.
Czarne świetliki, białe nocne niebo, zamiast trawy sól
na poranione ciała zwierząt. I nie podniosła oczu. W
zasięgu wzroku tylko ona rozdarta na pół i jej zimny
kark patrzy na gwiazdy.

W powietrzu ciche
mormorando i czerwona nić
przecinająca niebo.