Zapach karminu

 

IMGP2631_DXO-4.jpg

Zapach karminu

Jeśli nie tworzy się sam, lepiej niech
wcale nie przychodzi na świat.

Więc

niech się tworzy na tym karmelowym
sercu – tak samo słabym i bezbronnym,

jak moje włosy tańczące w deszczu jego
głosek – mimo omdlenia, mimo topniejącej
skóry, mimo wiotczejących żył. Bez końca.

Niech się rodzi w bólach, umorusany zapachem
karminu, niech zlizuje pot z trzepoczącego w słońcu
błyskotania, niech umiera i rodzi się znów, z cudzym
łożyskiem pod pachą i niech się okaże jego piękno lub

obrzydliwość –

wtedy.

Wtedy spójrzmy, jak to wygląda naprawdę:
małe rączki,
wielkie niebo,
jeszcze większe chmury na niebie i
przerażający ogrom niczego.
I lustereczko:

Jasna, roześmiana flirciara, o dziwnie węglowych oczach.
Stara, ciężka od myśli różyczka, ledwie zakwitła tej wiosny.
Wielkanocna gwiazda, łkająca na dźwięk czterdziestu
i czterech pieśniarzy. Kobieta? Dziecko? Nieskończenie tląca
się, zwęglona zapałka nienadążająca za ilością przyswajanych
imion.

I taka niezdarna istota przechadza się nocą pod latarniami, z których gęstymi kroplami spływa zbolały karminowy głos – wprost do jej źrenic. Dwadzieścia osiem latarni… nie – STO dwadzieścia osiem latarni i z każdej z nich strumień toczy się przez powietrze prostą linią w kierunku jej powiek, a ona wyrzyguje go potem na płótna, albo wypluwa jak impresjonista, tyle że jednobarwnie, a plamki formują martwego rybaka o zachodzie słońca. Albo też połyka – to, co najbardziej gorzkie i co najsłodsze, prąc, z żołądka przerzuca zarodek w macicę

i czeka.

m.

IMGP2696-1.JPG

m.

…cały czas wysnuwa on z siebie, jak jedwabnik, nitkę: robi kokony, które zastygają i tracą swoją miękkość inicjalną; robią się z nich twarde struktury, prawie kryształowe, w których nie może mieszkać, musi się wyprowadzić. I znowu buduje…
-CzM

I.

Mieszkając w bloku, obszytym szarymi domami, z odrobiną
brudnowłosej zieleni, przesiewałam przez palce nurty rzek.
Los nie dał mi ciebie, a dziś czuję na karku twoją chłodną dłoń.

Kochany,

nie zdajesz sobie nawet sprawy z tego, jak dawno nie uroniłam łzy.
Jak szczerze do tego tęsknię. Jak obojętne zdaje mi się moje serce,
tak nic nie warte i w tej samej chwili urastające do rozmiarów nieba.

Ciebie to nie obchodzi. (Jak by mogło?)

W paralitycznych drgawkach tuż przed świtaniem lub zmierzchem,
przypominam obumierającą gwiazdę, zapadającą się w przestrzeń.
I zawsze na tej granicy – czarnej, niezrozumiałej otchłani i promiennego

punkciku na niebie. Przy czym punkcik rozpiera odrażająca płycizna.

Opuść mnie dzisiaj, bo to, co nas łączy, to
chorobliwa potrzeba samotności.

II.

A jeśli o ciebie chodzi, musimy sobie wybaczyć. I ten
idiotyczny dzień, w którym jakaś nieznana siła starała
się pochłonąć nasze źrenice oddalić w ciche pamiętanie.

Spójrz,

mój Drogi, już nawet powieki zaszły nam bielmem i wlokę cię za sobą jak
smycz po dawno pogrzebanym psie. Zasugeruję tylko cicho, pozwolisz, może
sobie jedynie, że nasze istnienia mogą być z natury skazane na jednostkowość.

Życie nie jest przychylne tak fantazmatycznym miłostkom.

Otulona szczelnie płatkiem bezwonnej róży zatapiam się w drganiu słów.
Bo jednak coś krwawi we mnie, gdy słyszę tak szczery płacz Orfeusza i
wyczuwam obojętność Eurydyki, radzącej sobie raczej śmiechem. Wbiegając

w pustkę odciętą od nieba, zastygam, obudowana szronem.

Zostań, jeśli tak ci dyktują tętnice, mnie
czeka tu pewna śmierć.

III.

I jeszcze mężczyzna we mnie, którego coraz staranniej
wypraszam, ci mężczyźni w nas, których nieopatrznie w
siebie wchłonęłyśmy, i przyszedł moment ich śmierci.

Więdną

już wianki we włosach, zaczynają kwitnąć ogrody. Spójrz na nasze nogi –
są teraz smukłe jak topiące się latarnie, a nosy mamy z ceramiki, nie!
z marmuru. I stapiamy się z wolna, z wyprzedzającymi nas słowami.

I powstał syn, kryształowo piękny, pośród

trzepotania martwych skrzydeł dziecka i chrzęstu niszczejących stawów.
W tobie schował się cały kosmos – jest w czerni włosów, źrenic, śpiewu.
We mnie odgraża się skryte imię. I’m known as Chaos – a Chaos, the Chaos.

I krucha nieskończoność w naszych dłoniach domaga się uwagi.

Śnijmy więc nasze dzieci skrzydlate, bo
zbliża się czas ich odlotu.

IV.

Kryształ usnuty kroplami owadzich źrenic w istocie
musi ustawicznie kruszeć, ustępując kolejnym,
(jak być powinno: ) doskonalszym formom.
Byle nie został zapomniany.

Ne me quitteʒ pas, mes Amours.
Ne me quitteʒ jamais.

W staw

IMGP1928-3.JPG

W staw

I

To jakaś głęboka metanoja, w której przygłupia ropucha
na asfalcie, pozostając wiecznie ropuchą, doczłapała się
wreszcie do stawu i mimo, że było już późno, i wstyd się
uczyć, wiedziała, że kiedyś dotknie gwiazd, choć kosmos
jest gęstszy od bagna.

II

Raj to ogrody
w nich wszystko na miarę
radość ale nie dzika
nie rozpacz ale melancholia
– J.Hartwig

No chyba, że raj dla wariatów – na jednej
z planet, gdzie wieszczy don Miguel ze swoją
rozczochraną naturą. I zamiast gwiazd, roją

się kolonie jagód i spłoszonych sarnich źrenic.
I cztery wiotkie księżyce – blade, przysychające
placki na niebie, do których nikt nie myślałby

się modlić. I chór niedzielny w fioletowych (po
amerykańsku) szatach krążący po orbicie. Poza
tym harmonia. Tak. Zwycięstwo ładu.

III

Zajączek latał po dywanie (pomyśleliście kiedyś, skąd wzięła się taka nazwa?), a roczny mainkun zupełnie nic sobie z tego nie robił. Nie żebrał też o jedzenie, zawiesił tylko wzrok (ten niepokojąco rozumny, jak na zwierzę wzrok) gdzieś między powietrzem, a rozkładem. Potem spuścił go na telepiącą się w stawie za oknem ropuchę. Wygląda dobrze, pomyślał, wygląda jak przyszły mędrzec…, w zamyśleniu zmrużył powieki, czy mędrcy bywają smaczni?

IV

Więc wariat. Zapadający w długi wiosenny
sen. W tym czasie zwykle świadomość ogląda wyrządzone szkody.
Dziś jest inaczej. Znalezione miejsce sprzyja
obu perspektywom. Jakiś spokój wstąpił nawet w samego wariata.
I jakieś szaleństwo zamroczyło świadomość.
I ropucha pływająca pieskiem – żabką jeszcze się uczę – to dopiero
spektakl!

V

To jakaś głęboka metanoja, w której całkiem
rozumny kot oszalał, bezmyślnie, bez opamiętania
starając się przebić szkło. Jak śmie, jak ta głupia,
stara żaba śmie?! I nagle resztę życia spędził tak,
waląc głową w co popadnie, z przerwami na jedzenie.

VI

I snów już nie będzie długich wiosennych.

I jak?

Drzewo2.jpg

I  jak?

I

My się wszyscy histerycznie śmiejemy, ale prawdą jest, że cierpimy.
I jak zrozumieć to apatyczne dziecko, patrzące w obiektyw spode łba?
I jak usprawiedliwić pięcioletnią głowę monotonnie ryjącą plażowy piach?
I jak nawrócić te anemiczne rączki z niezgrabnego pisma? One się starały.
To tylko przestrach i nuda.
To tylko oderwanie.
To dziwność, dziwność tylko!
To cichy śpiew z kosmosu: lu…

II

Ostatecznie i tak wszystko sprowadzi się do mojego spektakularnego „odstawania”. Znad morza wracał ze mną plecak pełen szarych kambulców (jak mawia mój tata) i nieco powyżej zera wspomnień zetknięcia z zatrważającym żywiołem (to dopiero dziś umysł wykrzywił mi się w drugą stronę i śmie marzyć o wypłynięciu jachtem na pełny ocean). Moja estetyka sprowadzona do szafy wypełnionej jarzeniówkowymi spodenkami i projektu na technikę (koszulka z bateriami zasilającymi wszyte w nią lampki świąteczne) doskonale odzwierciedlała specyficzną brzydotę naiwności.

III

Położyłam głowę na kamieniu i kamień
na kamieniu, a rano niespodzianie włosy
zaszły mi bladym szronem. Zupełnie bez
powodu.

IV

I zaczęła się wojna w niebie: Michał i aniołowie jego wydali
bitwę smokowi, stanął też do bitwy smok i aniołowie jego.
Ap 12:7

No cóż. Zdarza się i tak.
Zło będące brakiem dobra?
Dobro jako rozproszenie zła?
I jak sobie to wyobrażacie?

To jakby powietrze miało
Stoczyć walkę z próżnią –
pewna wygrana, czy raczej
zupełny brak walki?

I rzekł Pan Bóg: Oto człowiek stał się taki jak my:
zna dobro i zło. Byleby tylko nie wyciągnął teraz
ręki swej i nie zerwał owocu także z drzewa życia,
i nie zjadł, a potem żył na wieki!
Gen 3:22

V

…li do snu, luli.

Białe róże w piach

 

IMGP2808_DXO-2.jpg

Białe róże w piach

Stojąc przed wyborem, przed którym ty też stałeś,
przed którym staną wszyscy,                                              .
(Pielęgnować siebie, czy liquidyczną substancję
o właściwości wypełniania naczyń w każdym kształcie?)
.                                                               wybrałam być nadczułą.

Ćwiczę symetrię swoich oczu.
Chodzi o postrzeganie, ale też o prawdę,
o pryzmat i o bezwzględność.

I.
Piórko zapadło się w brzuchu dziewczynki, ale nie odmieniło jej życia. Udowodniło jedynie, że brzuch jej jest tkliwy i elastyczny, a kiedy otworzyła oczy, żeby przekonać się, kto nad nią stoi, nie zdziwiła się. Tylko poeta (czy może malarz) mógł jeszcze wierzyć, że zetknięcie z symbolem prawdziwie odmienia. Kiedy otworzyła oczy, wiedząc już o tkliwości swojego brzucha, rozpękła się cała wzdłuż śmiechem i tkanki jej, skawalone, frunęły, kurząc piachem, w stronę morza. Przypomniała sobie, że kiedyś piórko tak samo ma spaść na brzuch tego świata. Wolności! Wołała. Wolności! A morze podniosło falę niknącą na skraju nieba.

II.
Zaczesywał grzywę konia. Nie pamiętał początku tej czynności. Dzień się zaczął, dzień się skończył i w stajni wszystko już było dopieszczone, ale trafiła mu się bezsenna noc. Jedna z tych nocy, które każą pytać o teleologię własnego istnienia.

III.
Z fali zaś, wydobywał się donośny głos:
Wszystko, co jest w tobie, rozproszy się,
osiądzie w miejscach sobie centralnych,
ginąc pośród ziaren piasku, niknąc.
                                                              I nikt
nie będzie pamiętał, że nos marzł mi jak
u psa?!

IV.
Odmierzył dokładnie – 1332 białe jak śnieg, 117 w kolorze kości słoniowej, 200 morelkowych, półtransparentnych, 214 brązowych i 131 czarnych, wetknął grube łodygi między ziarna (pamiętał, jak babcia mówiła: czystość białych róż powie ci o człowieku wszystko) i czekał, a głodny koń rżał mu koło ucha.

To jeszcze chwilę potrwa zanim
nauczę się widzieć i Ciebie i mnie,
i ziemię i niebo.

Jednak debil

IMGP0810-1.JPG

Jednak debil

I

Myślałam, że ten śmiech jest coś wart.
Moje żółte zęby, pokazywane w imię
przyjaźni mogą być nawet szczerbate!
Ale koło ucha zaświergolił mi nad ranem
słowik, dziurawiąc powietrze:

                        Wiesz, jak to jest. Człowiek z wiekiem
                        przestaje wierzyć w ludzi, rozumie, że
                        nie dla każdego warto.

II

Zauważyłam, że ten chudzielec patrzy na swojego psa jakoś krzywo. Głaszcze go, głaszcze, jasne. A zaraz potem spogląda mu w bordowe źrenice, macha przed oczami dłonią ze złączonymi palcami tak, jakby mówił mu, że jest doskonały, że innego by nigdy nie chciał, a tu nagle „huh!” – dłoń rozwarta, a oko zwierzaka łzawi podrażnione ziarnkiem piasku. „No, jednak debil, jednak głupiutki, ale mój! mój! mój!” Po każdym takim zabiegu oddycha głębiej, a pies (nadal) coraz zwiotczalej się za nim ciągnie. Cóż, widać kocha swojego pana.

III

                        Rozumie, że dobroć, to rzecz w jego
                        sercu ograniczona, wymagająca
                        wzajemności.

IV

Miłość to w ogóle dziwne zjawisko. Większość ludzi się do niej nie przyznaje. No dobrze, kochamy, kochamy mamę, tatę, wujka, czy te rozwrzeszczane bachory, ale to jakby… właściwie nie miłość – takie narzucone, takie… albo śmiech. Dużo, dużo śmiechu i wybuchające „KO-h!-CHAM!” – zero w tym miłości. A potem nagle widzimy umieranie i rozumiemy, czy kochaliśmy, jak kochaliśmy i tak głęboko nas to przewierca, że znów się do tego nie przyznajemy. Kiedy tak patrzyłam na chudzielca, moją uwagę przykuły psie łzy, niepokojąco gęste, niepokojąco ludzkie.

V

                        Zauważa, że niektórzy ludzie zamiast
                        przyjaciół, hodują sobie psy, że inaczej
                        nie umieją być silni.

Myślałam, że tu słowik skończy śpiewać,
a on długo jeszcze wypruwał niteczki z
powietrza, ale każdy dźwięk wybrzmiewał w
swoim czasie. Moje żółte zęby, pokazywane
w imię miłości mogą być nawet szczerbate.

Cytrusowy zapach tulipanów

Cytrusowe.jpg

Cytrusowy zapach tulipanów

Jest rok 1994.
Jerzy Stuhr zyskuje tytuł profesora.
Kobiecie z przychodni zaczyna właśnie doskwierać reumatyzm.
Rodzi się dziecko.

Jego stare kolana zaczynają młodnieć dopiero dwadzieścia lat później (DWADZIEŚCIA lat) razem z cytrusowym tulipanem. Ale spokojnie, cytrusowy tulipan, to tylko cytrusowy tulipan.
Z jego zapachem zaczyna się życie.
Z jego zapachem kończy się świat.