Na dnie

Na dnie

Na godnych zazdrości rzęsach ułożył się dzień,
a one, pogładzone językiem nocy, nie zadrżały.

           Ktoś zabrał serce nocy!
           Będziesz tam, będziesz tam…
           Ktoś okradł nocy pierś!

To furie nucą, jakby nigdy nie były furiami.
To furie, które na ciebie czekały, by lekkość
ucałować.

https://www.youtube.com/watch?v=7eNA90LlxmY

Reklamy

Co drga żurawiami?

Co drga żurawiami?

Weź mnie za rękę. Patrzymy z góry na wyspę
usłaną żurawiami. Powiem ci, co widzisz.
Widzisz ich dzioby skierowane w niebo, a prześwit
wyspy tylko tam, gdzie stoi staw – nikt nie wie,
jak głęboki. Dzioby te obnażają zdenerwowanie.

Poza tym czas mija, a w twoich oczach więcej bólu, niż
chciałyby przyznać. Więcej też miłości.

Więc dzioby obnażają zdenerwowanie z powodu
pewnej świadomości, która „musi pozostać w ukryciu”.
             Och, Żurawie, wybaczcie sobie!
Można wierzyć w milczeniu, że żadne z piór nie musnęło
stawu, choć trwają tak – każde – od swoich narodzin.
            Och, Żurawie, wybaczcie światu!
Można podać tę tezę w wątpliwość – tak, lubimy zaczynać
od wątpienia. Można zanurkować.
           Och…
                       Żurawie!

Co, jeśli błędem nie jest brak stawu na wyspie, a pewność,
że lśnienie wynarzującego się z niego żurawia jest złudzeniem?

Chlup!

Chlup!

Człowieku złoty, dlaczego namiętność trawisz, by ślady
własnej głupoty zacierać?
Łez ci szkoda?
Połknęło cię niebo, a ty nawet oczu nie zamkniesz.
W ich miejsce zostaną ci ususzone kwiaty. Więc
pamięć tylko                       .
.                        czy starczy?

1. Zacznijmy od żartu. Bo żartem jest puls śpiewający coś, co jego dłonie nazwały koślawą kołysanką, choć w rzeczywistości nazywa się to po prostu piosenką. Więc chór dziecięcy śpiewa:

Uśnij, dziecię, uśnij,
już twój czas się ziścił.
Już twoja zima nastała,
niedźwiadku, zima-a-a-a                                  .
.                         a-a-a, kwiaty dwa,
jeden gruby, drugi biały, się z grubego dzieci
śmiały, od białego uciekały, się z białego
oniemiały, od grubego pokochały.

Żart nie musi być dobry.
Przejdźmy do narracji.

2. Skuliłaś się i z twojej gąbczastej skóry wyciekła maź, wypełniając pęknięcia w skorupie pod tobą, następnie pęczniejąc. O okruchach drżącej ziemi śpiewałaś już nie raz, więc tym razem zamilkłaś, szanując indywidualność zjawisk, ale i znudzenie słuchaczy.

Tymczasem diabły poczuły na czołach coś, jak pierwszy śnieg – och, nie pierwszy, nie pierwszy! W porywie rozrechotały się, czekając z otwartymi paszczami na zbliżanie się tak miłej ich nozdrzom woni spoconych stóp.

I owszem, stanęłaś na ich językach, lecz twoje palce nie były im miłe → tańczyłaś na ich językach.

3. Stop. Zatrzymajmy się na chwilę. Bo to łatwo tak pisać.
O diabłach, o kwiatach, o czytelnikach… tymczasem,
wiesz, rzecz w tym, że siedzimy w tej plątaninie obydwoje.
W teorii – ja plączę, ty próbujesz rozplątać; w praktyce…
sama nie wiem. Tak czy inaczej, i ty i ja pozwalamy dziwnym,
drażniącym, jakby niedopełnionym niciom oplatać i rozcinać
nasze palce.
Żartujemy sobie razem z naszym zaprzyjaźnionym złudzeniem, że
coś nam z tego wyniknie, że uszlachetnia, że… ech. Wszystkie te
takie śliczne „że”. Aż tu przychodzi taki jeden i duma:
A nuż… kto wie? Może poezja to tylko ostrza, przeplatane mamiącymi
nas westchnieniami zachwytu? I może mają rację wszyscy ci wielcy
uciekinierzy? Być czystą żądzą spożywania, jak ta kobieta przy
stoliku – może tu dzisiaj pies pogrzebany? Och! Pisać, pisać,
pisać! Zresztą… a, dajcież spokój!

4. Na powiece spoczywa pewien chłopiec. Tak, chłopiec.
Nie, nie spoczywa, wierci się. Łaskocze powiekę. Czeka
aż ta się otworzy. Chłopiec nie jest pływakiem. Ale chce
zanurkować.

Poranek

Poranek

I walk through walls
I float down the Liffey

How to disappear completely, Radiohead

I

Jest taka fotografia z dzieciństwa, której nie lubię. Chowam ją w rzadko otwieranej szufladzie, bo nie wiem, jak mogłam sobie pozwolić na taką transparentność smutku w wieku… 10 lat?

Tymczasem miało mnie nie być. Nie być. Zupełnie.

Można nie być śmiejąc się wśród ludzi. Można nie być rżnąc durnia i dostarczając pożywki na ich drwiny. Ale nagością smutku wśród nich, nagością milczenia, jest się krzykliwie obecnym.

II

Cienie gryzące twoje oczy przeniosłaś nad powieki.
.        Oh! Co za gracja dziś w tych powiekach!
.               Oh! Cóż za urokliwy mrok!
Żeby nie przerażały.

I nie ty jedna. Wszystkich nas dręczy nocami zapach
powideł i
.                  ciiicho… co za ciiisza dziś w tych
kołyskach
złotych, śpiących na łysych
gałęziach,

                 zaprawdę,
gdyby życie żadnego sensu nie miało

Nad powieki przeniosłaś powidła.
      Oh! Jaka słodycz! 
.               Oh!
.                       Żeby nie pożerały esencji z
tych zimnych dziecięcych sadów.

III

Późno, ale za dnia, nasturcja zaczęła nabierać
kolorów, przyglądając się śmieszności swoich
snów i niebu mrugnęła by zaraz
trawom wyszeptać poranek:

istnieć
                                                    tak lepiej, kochane.

Zanim się dowiem

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Zanim się dowiem

I

Promień przebija się ustawicznie przez żywe
mięso. Jak tykanie zegara: na przemian usypia
i doprowadza do obłędu.

Przez większość czasu potrzebujesz go nie
słyszeć, ale pozwalasz się dziurawić, dopóki
nie nauczysz się języka

promieni, słusznie
bojąc się ich odejścia.

To jak puszczenie miłości – takiego coup
de foudre, przez strach, że się tą miłością
udławisz.

Promień przebija się i nie wiesz, co śpiewa on,
ani co znaczą jęki twojego serca, ale ubierasz tę
niewiedzę w słowa, bo

słuchasz szeptu swoich włosów, a potem wstyd
się tłumaczyć.
                             Nie wiem?
                                                  Jak, nie wiem?
A są tacy, co wiedzą. Bo stroik okazuje się śliczny,
a co pod stroikiem ślicznym, kto wiedzieć nie lubi?


II

Przypominam sobie sen o byciu powietrzem – tym
między ziarnami piasku na plaży – które
powolne ruchy twojej dłoni zamienia
w huk gromu.

włosy

włosy

Niedostateczne zaufanie do psychologii, filozofii, nauk ścisłych, sztuki, czy religii bywa koniecznością („przymus osobowościowy”). W żadnym stopniu jednak nie usprawiedliwia upłynniania się podmiotu – ani w perspektywie wewnętrznej ani zewnętrznej.
Upłynnienie, które moglibyśmy nazwać materialnym (bo dotyczy w znacznej mierze cielesności, a z nią wszelkiego rodzaju powierzchowności podmiotu) można wybaczyć. Nie jest bowiem tak daleko idące w skutkach, jak upłynnienie, nazwijmy je – duchowym.
Prawdziwy problem zaczyna się w przypadku jednostek niedostrzegających, a więc w ich perspektywie – nieposiadających (sic!) sfery powierzchownej. W ich przypadku bowiem, naturalna bariera, jaką jest możliwość upłynnienia materialnego, nie stanowi ochrony, a procesy od razu odbywają się głębiej.
(…) rozlane już dusze dopiero w zetknięciu z innym, stymulującym ich indywidualność podmiotem, zaczynają krystalizować się w formy.

Szkice pseudofilozoficzne, M.S.

Wypadają mi włosy. Nie jestem
stara, ani chora, choć można by tak pomyśleć.
Jestem za to głębokością własnego oddechu.
Ale mój oddech się kończy.
Mój oddech się urywa.
Mój oddech nie chce być ze mną identyfikowany.

Wypadają mi włosy i odpływają –
jeden strumykiem niebieskim,
drugi błękitnym,
trzeci szafirowym.
Strumienie o barwach plastikowych nocników.
Ze mnie strumienie.

Nie rozumiem. Było mnie więcej.
Było mnie lepiej. A zobaczyłam
to dopiero na twoich powiekach.

Wypadają mi włosy. Na pęczki.

Pisk skrzydeł motyla

pisk skrzydeł

Pisk skrzydeł motyla

To byłeś Ty. Ujrzałam Cię, jak
w lśnieniu, po którym cegła zaczęła kruszeć.

I.

Chodzi o echo, rozlegające się w tobie
i o twoje przekonanie, ze nikt nie chce go słuchać.

Nie chce.

Chodzi o pisk skrzydeł motyla, skalpowanych przez dziecięcy naskórek
i o nieświadomość, dającą temu dziecku nieopisaną radość.

Świadomość dudni w tym echu i wycieka przez nos.
Echo oskarża cię o brak nieświadomości.
   Nie połykaj.
      Połam łzy! Połam!
         Czytaj z nich!
            Skalpuj motyle!

Skalp motyla nie jest tym samym, co skalp ludzki.
Oskalpowane motyle od reszty odróżnia jedynie to, że

już nie polecą.

II.

Zaklinasz:

Nie płacz.
Nie płacz.
Nie udawaj.
Nie płacz.
         płacz…
               acz…

Ale zaklęcia nic nie zmienią.
Skalp trzeba zdjąć.

Trzeba, bo tylko w ten sposób utrwalić można dane łzy.
Trzeba, bo tak każe chory umysł.

Trzeba.
.   Bo tak.
.      Bo trzeba.
.         Trzeba.
.            Trzeba.

III.

Tylko tego wieczoru
zaczęło krążyć pytanie:

.          Uszanować motyla –
.          czy można?