Śmiech

IMGP5004-003.jpg

Śmiech

To tylko nadwiślański wał i tylko ścieżka – wąziutka ścieżka.
Jedna ścieżka tylko. O jedną za mało, bo jak się wyminąć? Albo co, jeśli chce jechać dwoje?
I budzący się we mnie chrystus:
Odłóż swoje życie na bok, są rzeczy ważniejsze.
Wyrżnij tę drugą ścieżkę, no wyrżnij, cholera, wyrżnij!
Dla… no… dla potomnych wyrżnij… Ta! Potomnym ją!
Więc go uśpiłam.
Konradka uśpiłam, Kordianka.
Śpijcie, swoich snów urwach pijcie.

Jechałam dalej lekka, otulona jakby w dzicz i po lewej stronie przemknęło mi coś, jakby staw, a na jego powierzchni jakby korzenie, i jakby, jakby, jakby…
Potem, niby zawrót głowy, pojawił się ten, o którego istnieniu zdążyłam zapomnieć. Dla niektórych to ojciec poetów, inni mają go za zwykłego oszusta. Jego imię wprowadza w wierszu jakąś niewygodną prostotę, ale wzruszyłam się
Pięknem, do łez po raz pierwszy. Pięknem tak szalenie ulotnym, tak banalnym i błahym. Tylko
wysokie trawy – zieleń, beż, magenta, przemykające obok mnie.
A potem rozprysnęłam się cała, jakby Bóg grał na moich obnażonych zębach.

I myśl, że Jezus, to akurat przeżył  s w o j e  życie
do głębi.

Kandelabr II

Kandelabr II

Królowa jest kim?
Oprócz tego, że wąską, mieniącą się kolumną, przynoszącą śmierć.
Ale to znaczy tak wiele, że nie znaczy nic.

Jest wyjściem z paradoksu.
Zatrzymaniem lustrzanego perpetuum własnego spojrzenia, odsyłającego do własnego spojrzenia.
Trwale naznaczona cynizmem.

I jest paradoksem,
bo w duszy przetrwała jej ta robaczywa autoteliczność – to własne, odsyłające do własnego.
Każdy normalny jej pięknem by się zatruł.

Ale zaraz, mój drogi, moment. Mieszkamy w domu wariatów. I ty mnie prosisz o pokłon?! Ty, do głębi przeżarty metafizycznym głodem. Ty, który w przymieraniu żywiłeś się mięsem z głowy bożego proroka. Który Salome słowami „prawdy” doprowadziłeś do obłędu.

Nie pierwsze z nas pokolenie, świadome, że to jedno wielkie kłamstwo da się wykarmić jedynie prawdą, a zarazem, że tylko tym uporczywym łganiem mamy szansę jakąś prawdę znaleźć. Nie pierwsza z nas obłąkańcza generacja i nie ostatnia, która spija swój zmaterializowany obłęd.

Ona? Ona gra, jak my wszyscy. Śpiewa. Żuje swoje serce, bo samo już krwi nie pompuje, a ty i tak wierzysz, że to guma. Ona siedzi schowana na strychu, zbierając kryształki z ziemi i rozkruszone przesypuje przez dziurę w podłodze, a te płoną nad kandelabrami, i moje włosy płoną z nimi.

Nie pierwsza ze mnie oszustka, odstawiająca z błaznem ten teatrzyk.
Z niej nie pierwsza królowa. I nie ostatnie te nasze cierpienia
na ziemi. Ale nadal: nie kończy się nic i wszystko,
wszystko się kończy.

Kandelabr

Kandelabr

Na salonowym kandelabrze
zawisnę

i będziesz próbował malować moje rzęsy,
na zimnych polikach kłaść róż, a usta sinoblade
pozostawisz.

I będziesz próbował kochać mnie,
(spragniony?)
młotkiem prostować mój nos, w źrenice
wbijesz mi gwoździe, a one i tak utoną.
I ty utoniesz. I kształtować mnie będzie kraj,
którego nienawidzisz.

Na uczelnianym kandelabrze
zawisnę

i kształtować mnie będzie kraj, którego nienawidzisz – kraj szaty czułej, jak powietrze unoszące tiul, choć z zewnątrz wydaje się stalą. I widząc to, może się ockniesz, a ja przestanę łkać wreszcie nad sobą – nieuformowaną baletnicą w darze.

Na pałacowym kandelabrze
zawisnę,

w darze dla pałacowego błazna.
I raz! I dwa!
Z komicznym makijażem na twarzy zimnej i zapoznanej.
I trzy! I cztery!
I zobaczysz. Zobaczysz we mnie to, co jest. Zobaczysz,
mrużąc oczy z miłości do królowej.
I pięć!

Na łazienkowym kandelabrze
zawisnę

i pięć, i sześć, i siedem, i osiem… i ty.
I ty utoniesz, z tym zmrużeniem powiek,
zastygły.

Ja się nie pokłonię.

Krtań

Krtań.jpg

Krtań

I

Jak może tak przeżerać od środka duch wszystkich
czterech pór roku, zmieszanych w pozornie mdławe
freski (mdławe, bo próbujesz je widzieć naraz), jak
może z takim animuszem rozpychać się w tobie duch,
którego wcale nie miało tam być?

II

Obróć się. Tylko spokojnie – to co zobaczysz cię zasmuci. Poznajesz? Protezy rączek ma od ciebie, nóżek – od rodziców, a więc chodzić uczyła się dłużej, oczka sprezentowały jej gwiazdy, dawno temu, gdy odwiedzała je każdego wieczoru. Ale nikt jeszcze nie zaczął produkować protez krtani.
.              Rączki za mało jeszcze zręczne żeby coś zbudować.
.              Nóżki prowadzą ją zawsze jedynie na spektakle
.              bezgłośnych umizgów. I kiedy spytają:
.                            Czym jest sztuka?
.                            Zamruga.
.                            Kim ty jesteś?
.                            –
.              Odpuśćmy dalszą relację. Już widzisz, co miałeś zobaczyć – zamiast krtani przepalona dziura, która może już się nie scalić. Ale dym z niej, razem z grafitowym pyłem, łyka powietrze, które wydychasz.

III

Wróciliśmy do początku w roku, Gdy SNoM nadawano imiona.

Jesteśmy tylko we dwoje. Spójrz, Ellsworcie:
Linia oddzielająca nasze ziemie – coraz węższa.
Twój oddech żujący dym z mojej krtani.
Chłodny lęk wyspy, że wszystko, wszystko już brzmi tak samo.
Skóra – lód – lepkość.
I tutaj tylko zima, zima, zima.

Zapach karminu

 

IMGP2631_DXO-4.jpg

Zapach karminu

Jeśli nie tworzy się sam, lepiej niech
wcale nie przychodzi na świat.

Więc

niech się tworzy na tym karmelowym
sercu – tak samo słabym i bezbronnym,

jak moje włosy tańczące w deszczu jego
głosek – mimo omdlenia, mimo topniejącej
skóry, mimo wiotczejących żył. Bez końca.

Niech się rodzi w bólach, umorusany zapachem
karminu, niech zlizuje pot z trzepoczącego w słońcu
błyskotania, niech umiera i rodzi się znów, z cudzym
łożyskiem pod pachą i niech się okaże jego piękno lub

obrzydliwość –

wtedy.

Wtedy spójrzmy, jak to wygląda naprawdę:
małe rączki,
wielkie niebo,
jeszcze większe chmury na niebie i
przerażający ogrom niczego.
I lustereczko:

Jasna, roześmiana flirciara, o dziwnie węglowych oczach.
Stara, ciężka od myśli różyczka, ledwie zakwitła tej wiosny.
Wielkanocna gwiazda, łkająca na dźwięk czterdziestu
i czterech pieśniarzy. Kobieta? Dziecko? Nieskończenie tląca
się, zwęglona zapałka nienadążająca za ilością przyswajanych
imion.

I taka niezdarna istota przechadza się nocą pod latarniami, z których gęstymi kroplami spływa zbolały karminowy głos – wprost do jej źrenic. Dwadzieścia osiem latarni… nie – STO dwadzieścia osiem latarni i z każdej z nich strumień toczy się przez powietrze prostą linią w kierunku jej powiek, a ona wyrzyguje go potem na płótna, albo wypluwa jak impresjonista, tyle że jednobarwnie, a plamki formują martwego rybaka o zachodzie słońca. Albo też połyka – to, co najbardziej gorzkie i co najsłodsze, prąc, z żołądka przerzuca zarodek w macicę

i czeka.